Jarosław Tuczko: Mamy Kryzys - część 3
O naśladowaniu żaby mówiliśmy sobie w poprzednim felietonie z cyklu Mamy Kryzys. Szczegółowo opisaliśmy sobie zdolność żaby do hibernacji, czyli zamrożenia. Konkluzja była taka, że w czasach kryzysu lepiej nie wydawać pieniędzy. Idźmy do domu, zakręćmy ogrzewanie – w końcu zima jest po to, aby było zimno. Wyłączmy prąd, bo wieczór jest po to, aby było ciemno. Jedzmy mniej a będziemy zdrowsi. Dzieciom zamiast kupować zabawki wystrugajmy je z kawałka deski. Jak nie mamy pieniędzy, to powstrzymujemy się od fizycznych żądzy w nadziei, że przysłuży się to naszemu rozwojowi duchowemu. Po prostu oszczędzajmy. Małe, obślizgłe zwierzątko może nauczyć nas jednak znacznie więcej. żaba posiada ogromnie ważne cechy - szczególnie w epoce kryzysu - są nimi: giętkość, gibkość, miękkość itd. itp. Chodzi o to, że taka żaba wciśnie się w każdy kąt, dziurę, szczelinę, przewężenie, ciasnotę itd. Zawdzięcza to niespecjalnie rozbudowanemu systemowi kostnemu oraz tak nie lubianej przez ludzi, a pewnie uwielbianej przez bociany, giętkości.
Ta druga, jakże użyteczna cecha żaby, jest również bardzo przydatna dla człowieka, a w szczególności naszego pogrążonego w kryzysie, piekarza. Niestety i w tym wypadku, tak jak i w poprzednich, dosłowne podobieństwo nie jest wskazane. Nie proponujemy piekarzowi, aby wyciął sobie zbędne kości albo zapisał się na lekcje baletu, lub co gorsza, tarzał się w obślizgłej mazi. Proponujemy raczej chwilę kontemplacji i zadumania, jak zmienić piekarnię w twór bardziej giętki, miękki i mogący znacznie szybciej reagować na zmienne bądź, co bądź kryzysowe warunki. Nie zalecamy piekarzowi, aby na zapleczu piekarni uruchomił wytwórnię konstrukcji stalowych. Zasada - jak nie bułeczki to może metalowe półeczki, niestety nie działa. Wiedza piekarza o konstrukcjach stalowych jest mniej więcej tak rozległa jak inżyniera o bułeczkach. Inżynier wie, że bułeczki się je, a piekarz wie, że inżynier rysuje kąty proste. Pobieżna znajomość nie czyni z nas ekspertów. Poza tym nowy dział to nowe inwestycje. Nowe inwestycje to mniej pieniędzy, a bardziej zależy nam na gotówce niż na inwestycjach.
Nie znaczy to, że piekarz jest na straconej pozycji. Jeżeli piekarz dobrze przyjrzy się swoim kosztom i wydatkom z punktu widzenia ich giętkości, zauważy sporo dziwnych rzeczy i ... jeszcze więcej możliwości.
Koszty zmienne to koszty zmienne i tu za wiele zrobić się nie da. Albo zrobić można bardzo dużo. Zależy od specyfiki przedsiębiorstwa. Ale koszty stałe to już kopalnia pomysłów na giętkość. Największym, ale już zdecydowanie najbardziej sztywnym kosztem z punktu widzenia giętkości, to zatrudnieni u nas pracownicy. Nasze Państwo, w trosce o swoje interesy, wprowadziło takie unormowania prawne, że pracownika nie można zwolnić stricte z powodu kryzysu. Trzeba płacić wynagrodzenie jak jest na urlopie, zwolnieniu itp.. A jak zwolnimy to sąd murowany i koszty z tym związane. Pracownikom płacić trzeba, bo wynagrodzenia i nie ma wytłumaczenia, że akurat brakuje chwilowo pieniędzy. Nie mówiąc już o tym, że trzeba płacić cholernie drogo, bo pomiędzy tym, co nas pracownik kosztuje a tym, co dostaje do ręki wychodzi mniej więcej połowa.
Czyli jak nas kosztuje 10.000, to dostaje 5.000. Różnicę zabiera Państwo. Państwo, zatem bardzo
lubi, aby firmy zatrudniały ludzi, bo nie dość, że nie ponoszą kosztów bezrobocia, to dostają za
każdego pracownika kasę. Super układ, co więcej, jak pracownik dobrze pracuje i dostanie
podwyżkę lub bonus, to też trzeba dzielić się z Państwem. Co z tego, że Państwo nic nie miało
wspólnego z wynikami pracownika? Podwyżkę Państwu trzeba dać. Dlatego też Państwo tak broni
pracowników, utrudniając wszystko, co z pracownikiem jest związane, co nie trudno jest w gruncie
rzeczy zrozumieć. W zasadzie Państwo broni jedynie dwóch rzeczy: zwolnienia pracowników
i zawieszenia wypłat wynagrodzeń. Resztę w zasadzie można robić.
No tak, pomyśli piekarz. A co można z tym zrobić? Okazuje się, że dużo. Można wynająć
pracowników. W zasadzie dziś wynająć można do wszystkiego. Do księgowości i kadr, do
transportu, do finansów, do magazynu, do logistyki, a nawet do sprzedaży. Wynajęcie to już nie
wynagrodzenie. Taki pracownik pozbawiony ochrony Państwa nie dość, że pracuje dwa razy
lepiej, to nie ma problemu z rozwiązaniem umowy, z akceptacją dłuższego terminu płatności, bo
akurat czekamy na płatność, nie przesadza z urlopami, zwolnieniami, dbałością o przyrost
naturalny itp. Co więcej, płacimy mu za wykonana pracę, a nie jak płaci się klasycznie, za
gotowość do jej wykonywania - zwykle tak właśnie bywa. Tu posłużę się przykładem z obszaru
księgowości, który osobiście poznałem.
Wyobraźmy sobie, że nasz piekarz generuje ok. 1.000 dokumentów księgowych miesięcznie. Tyle
generuje niewielka firma. Zatrudnia min. 2 osoby w księgowości. Główną księgową z pensją netto
5.000 zł, czyli kosztem 10.000 zł i jedną księgową do pomocy z kosztem powiedzmy 6.000 zł.
Razem 16.000 zł to wynagrodzenia. Ponieważ to księgowość, to spokojnie doliczyć trzeba jeszcze
4.000 zł za obsługę programu, informatyków, którzy ten program obsługują, telefony, internet,
papier, ksero, tonery, herbaty, kawy, pisaki, długopisy, nalepki, koperty i całe mnóstwo innych
kosztów. Te 4.000 PLN to wariant najbardziej oszczędny, bo z doświadczenia wiem, że to dla
księgowości taka kwota to na przysłowiowe „waciki”. Razem ok. 20.000 PLN w najlepszym
przypadku. Jeżeli ten koszt podzielimy przez 1.000 dokumentów, to koszt zaksięgowania jednego
dokumentu wynosi 20 PLN.
Zlecając to firmie zewnętrznej, która robi to na co dzień, zapłacimy powiedzmy 10.000 zł, czyli za
dokument ok. 10 zł. W skali roku kalendarzowego oszczędność wyniesie 120.000 zł. Im większa
liczba dokumentów tym większa oszczędność. Wartością dodaną jest kwestia odpowiedzialności
oraz współpraca z kompetentnym zespołem finansistów, których suma wiedzy jest z pewnością
znacznie większa niż wiedza i doświadczenie jednego – nawet najlepszego pracownika.
To, że sporo zaoszczędzimy jest oczywiste i ma spore znaczenie szczególnie z punktu widzenia
gotówki. Ale zyskujemy jeszcze jeden ważny element - giętkość. Możemy się umówić z firmą
zewnętrzną, że będziemy płacić za dokument np. 10 zł. Jeżeli dokumentów będzie 700 zapłacimy
7.000 zł, a jak 1000 to 10.000 zł. Możemy wynegocjować dłuższy termin płatności, co w przypadku
księgowej nie jest w ogóle możliwe. W ten sposób płacimy za pracę, a nie za gotowość do jej
wykonywania. Spróbujcie pójść do księgowej i powiedzieć jej, że dokumentów było mniej i
chcielibyście zapłacić mniej. Albo, że zapłacicie za 15 dni, bo akurat brakuje gotówki. Nie do
pomyślenia w stosunku do pracownika, a w przypadku outsourcingu bieżąca współpraca.
Podobnych przykładów można przytaczać bez liku. Najbardziej wdzięczne działy, oprócz
księgowości, to transport, informatyka, sprzątanie, ochrona i w zależności od specyfiki serwis,
pomoc techniczna itp. Z doświadczenia wiem, że przy lekko sprzyjających wiatrach redukcja
kosztów o 30% nie jest trudnością. O ile sama redukcja nie jest trudnością, to przekonanie
właścicieli firm, że to można zrobić jest już olbrzymią trudnością. Niestety doświadczenie pokazuje,
że często największym wrogiem redukcji kosztów są ci, którzy najwięcej mówią o potrzebie ich
redukcji, czyli sami właściciele. Wierzcie mi. Pracuję w tym biznesie od lat i o ile z kosztami nie
mam problemu to z właścicielami problem jest ogromny.
Redukcja to jeden aspekt, ale bardzo ważna jest tez giętkość – możliwość zmian w zależności od sytuacji. Przetrwają nie ci, którzy będą tani. Przetrwają ci, którzy będą tani i giętcy. Moja bliska przyjaciółka z ogólniaka, mawiała na pocieszenie „nie bój żaby”. Do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, jaka była mądra już wtedy. Dziś jest bogatą, piękną kobietą. Trzeba było jej słuchać. Byłbym bogatym i przystojnym mężczyzną, a tak jestem tylko przystojny.
Jarosław Tuczko - Warszwa, 12 luty 2009